Święta, nie tylko z książką pod grubym kocem


Koniec roku to wyjątkowy czas – pogoda sprzyja zagrzebywaniu się z książką pod grubym kocem, każdy książkoholik ma już też najczęściej przygotowaną długaśną listę lektur na zimowe miesiące. Miesiąc temu książkami o duchach i upiorach mogliśmy uczcić Halloween, a teraz wkradł się w nasze serca świąteczny nastrój. Z przyjemnością sięgamy po historie ciepłe jak gorąca czekolada i słodkie jak wigilijna kutia. Każdego roku wydawcy rozpieszczają nas ogromem romansów i powieści obyczajowych rozgrywających się pod koniec roku, nieprzypadkowo zawsze zwieńczonych happy endem. Czy to jednak znaczy, że w tym czasie mamy do wyboru tylko takie historie? Zobaczmy…

Nietypowe historie świąteczne

Jedyną z nowością, która przykuła moją uwagę jest „Dynia i Jemioła. Nietypowe historie świąteczne.” Anety Jadowskiej. Książka zawiera dziesięć opowiadań rozgrywających się w okresie od Halloween do Sylwestra. Poznajemy Dorę, Nikitę, Witkacego, Baala i Malinę wraz z całą rodziną, pojawia się też wiele innych postaci. Sieją zamęt, ratują się z opałów, śmieją się, płaczą i walczą na śmierć i życie. To dobra książka, by zapoznać się z uniwersum stworzonym przez Jadowską i zakochać się bezpowrotnie.    

Ciemno wszędzie… co to będzie?

„Black out” to pozycja, która mrozi krew w żyłach już od pierwszych stron. Wyobraź sobie zimę. Taką z dużą ilością śniegu, mroźnym wiatrem. Wieczór spędzasz w domu, otulona/y  kocem, kilka lamp oświetla delikatnie pokój, w tle już błyskają światełka choinkowe, cicho mruczy telewizor, a Ty czytasz, choć w drugiej ręce pewnie masz telefon komórkowy. I nagle wysiada prąd. Ale nie tylko u Ciebie czy w Twojej dzielnicy. Nie tylko w Twoim mieście czy w Twoim kraju. W całej Europie. Cały kontynent został zaciemniony niczym za wyłączeniem magicznego guzika.  Wszyscy zachodzą w głowę, jak przetrwać bez prądu, ogrzewania, wody czy dostaw jedzenia. Włoski informatyk, były haker, Piero Manzano próbuje rozgryźć tę zagadkę na własną rękę. Podejrzewa atak terrorystyczny, a dzięki wsparciu dziennikarki Lauren Shannon krok po kroku zbliża się do prawdy.

Zimmmno…

Podobne problemy zima sprawia nadkomisarzowi Jakubowi Tyszkiewiczowi. Bohater książki Marcina Ciszewskiego „Mróz” walczy z przestępcami w trakcie kataklizmu, kiedy to temperatura w Warszawie sięga -60 stopni Celsjusza. A nie są to byle jacy przestępcy – nie chodzi o to, że nie zapłacili mandatów czy ukradli cukierki dzieciom w parku. Co to, to nie – Tyszkiewicz  szuka ludzi, którzy chcą wykorzystać klęskę żywiołową do przejęcia władzy w kraju. I żeby nie było, że Tyszkiewicz jest jakkolwiek zaangażowany politycznie – on po prostu dobrze rozumie, że w takim momencie łatwo wprowadzić stan wyjątkowy i wyprowadzić wojsko na ulice, budując sobie solidne podwaliny pod dyktaturę. Żadnej opcji politycznej nie można na to pozwolić.

Cicha noc…

Nieco spokojniej jest w Pensjonacie Mścigniew, przynajmniej może się tak początkowo wydawać. Goście zjeżdżają przed Bożym Narodzeniem, ale sielankową atmosferę przerywa odnalezienie zwłok. A potem kolejnych. Oba ciała odkrywa Olga Mierzwińska i choć śmierć pierwszego nieboszczyka można uznać za wypadek, to zgon drugiego z pewnością nim nie był. Olga natychmiast staje się podejrzaną, a do akcji wkracza policjant Romanowski i jego bliski przyjaciel detektyw Suzin. Panowie ciągle się przekomarzają, jednak nie dajcie się zwieść ich beztroskiemu podejściu – trzymają rękę na pulsie i odwalają kawał dobrej roboty. Olga nie pozwala odesłać się do kąta i sama bierze się za rozwiązywanie zagadki. Książka przez wielu została porównana do dzieł Agaty Christie. Czy zasłużenie? Sami oceńcie.

Gwiazda nad Betlejem

A skoro o królowej kryminału mowa, chciałabym przedstawić jedno, nietypowe w jej dorobku, dzieło. Mogłabym oczywiście napisać tu o „Bożym Narodzeniu Herkulesa Poirot” czy „Tajemnicy gwiazdkowego puddingu” (oba teksty są bardzo dobre), jednak wolę skierować Waszą uwagę na coś, czego być może jeszcze nie znacie: „Gwiazda nad Betlejem”. To niewielka książeczka, wydana jako jedna z ostatnich opublikowanych za życia autorki (w 1965 roku). Zawiera tylko kilka wierszy i opowiadań. Są bardzo różnorodne – bohaterem jednego z nich jest osiołek, który towarzyszył Maryi i Józefowi w stajence, a następnie ruszył z nimi do Egiptu. Bohaterką innego jest pani Hargreaves, która w tramwaju wodnym do Greenwich spotykała niezwykłego człowieka. Wszystkie historie łączy jedno: postać Jezusa Chrystusa. Wyraźnie widać, że dla pisarki Boże Narodzenie to nie choinka i prezenty, ale narodziny Zbawiciela. Wszyscy bohaterowie spotykają Go na swojej drodze. Mały osiołek doświadcza tego wręcz dosłownie: Jezusek łapie osiołka za ucho, gdy ten pochylił się nad żłóbkiem. Pani Hargreaves rozmawia z młodym mężczyzną o arabskich rysach, który znika przed końcem podróży. Każdy z bohaterów przechodzi jakąś przemianę, znajduje w sobie siłę, aby wybierać dobro zamiast zła, aby walczyć z przywarami, z których może zdawał sobie sprawę, ale nie miał wystarczającej woli, aby je zmienić. Mimo, że wszyscy nie do końca zdają sobie sprawę z tego, co ich spotkało, zaczynają odczuwać spokój i zyskują poczucie słuszności swoich działań. W mniej lub bardziej metaforyczny sposób Agata Christie próbuje powiedzieć nam, że życie zmieni się na lepsze, jeśli otworzymy się na Chrystusa, a Boże Narodzenie to najlepszy czas, aby to zrobić. Na koniec warto dodać, że  pisarka opublikowała jedynie dwie książki jako Agatha Christie Mallowan (oba nazwiska po mężach): „Gwiazdę nad Betlejem” oraz autobiograficzną „Come, Tell Me How You Live”.

Świąteczna klasyka

Jeśli lubicie klasykę (ale z twistem!), sięgnijcie po wyjątkową historię osadzoną na kanwie dobrze nam znanej „Opowieści wigilijnej” Charlesa Dickensa.  Głównym bohaterem jest oczywiście Ebenezer Scrooge i… tak, jak najbardziej, spotka on trzy duchy, a to wszystko w malowniczej scenerii pokrytego śniegiem Londynu. Historia zaczyna się od pogrzebu Marleya, ale jego udział w książce tutaj się nie kończy. Jeszcze przed zakopaniem trumny wstaje z grobu i wgryza się w duchownego, urzędnika i grabarza, a następnie krzycząc „móóóóóóózgi” człapie ulicami, aby zemścić się na Scrooge’u. Nasz zrzędliwy sknera zabił go raz, zabija więc i drugi, a potem podśpiewując „pada trup, pada trup, dzwonią dzwonki sań” rusza w miasto, aby oczyścić je z plagi żywych trupów. Jaką rolę odegrają w tym trzy duchy? Czy puchate, malutkie zombie-króliczki są takie groźne? I co w tym wszystkim robi H.G Wells?! Na te pytania, jak również na wiele innych, których jeszcze nie zdążyliście sobie zadać, odpowie Wam „Opowieść zombilijna” Adama Robertsa.

Ta ulubiona, jedyna, świąteczna książka

Na zakończenie dobrze byłoby opisać tę ulubioną, jedyną, świąteczną książkę. Macie taką? Może taką, którą czytacie od dzieciństwa, rok w rok o tej samej porze? Tę pełną podniosłej atmosfery, do której wracacie z sentymentem, aby poczuć magię i ten wyjątkowy rodzaj spokoju, jaki czuje się tylko w tym czasie? Rozgrzewającą jak grzaniec przy kominku, podnoszącą na duchu na następny rok. Macie taką pozycję? Dla mnie to „Buszujący w zbożu” J. D. Salingera. Do niewielu książek wracam, ale tę czytam prawie co rok. Może mało świątecznie, jednak bardzo klimatycznie. Holden, zagubiony nastolatek, przypomina mi, że każdy czasami czuje się na bakier z całym światem, że to nic, jak się czasem zboczy z kursu i chce się uciec od wszystkiego. Przypomina też jednak, że rodzina pomaga na ten kurs wrócić. I to jest w porządku. Gdy wszystkie plany biorą w łeb i trzeba określić nowe, też jest w porządku. Gdy grunt usuwa się spod nóg i szukasz pomocy, też jest w porządku. To wszystko jest częścią życia, spotyka nas wszystkich, a najbliżsi pomogą przejść najgorsze. Tym właśnie dla mnie są święta. Bliskością z Moją Rodziną.

Leave a Reply

avatar
  Subscribe  
Powiadom o