książki

Po co nam książki


Mrok, ciemność jak czeluść, która nas pochłania i najskuteczniej na świecie mnoży strach. Lęk przed nieznanym, drapiący nerwowo ramię i szyję. Ale gdzieś pośrodku tej ciemności kilka rozpalonych z mozołem gałązek. Ognisko – pokrzepienie. Chwiejne płomyki marzenia o bezpieczeństwie.

Taka atawistyczna skłonność do poczucia bezpieczeństwa w towarzystwie ogniska, pieca, kominka. I zarazem odrobina ciągot do tajemnicy – bo przecież w płomieniu nieco zagadek faluje.

Dla mnie potrzeba czytania i obcowania z książkami jest podobnie intensywna jak potrzeba światła i ciepła. Choć nie jest przecież takim atawistycznym powiązaniem, które sięgałoby aż do jaskiń.

Początki

Zacząłem być z książkami od dosyć magicznego cyklu badań i powrotów do nich – nie umiałem jeszcze czytać i radzić sobie z literami, za to pasjami przeglądałem pewną księgę tajemną. Było to jednotomowe, przedwojenne wydanie encyklopedii powszechnej, obficie ilustrowane, głównie monochromatycznymi rycinami i mapami – kompletnie niezrozumiałe i dla mnie czytającego – bo był to egzemplarz w języku niemieckim. Nikt mi jej nie zaproponował – sam ściągnąłem ją z półki – grube tomy stały na najniższym poziomie regału.

Złożyło się więc szczęśliwie – że kontakt z zadrukowanym papierem zacząłem od mocno nieprzenikliwej księgi czarnoksiężnika.

Z przeczytanych w najbardziej smarkatych latach książek, również ściąganych z półki na własną rękę – pamiętam dwa tytuły: „Inwazję jaszczurów” Karela Čapka i „Szerszeń” Ethel Lilian Voynich. Przygody Tomka Wilmowskiego Szklarskich i zaczytywanie się Karolem Mayem nadeszło dopiero potem.

Przeglądałem więc i czytałem pozycje niezrozumiałe – dla bardzo niedużego człowieka, jakim byłem wtedy. Być może takiemu początkowi zawdzięczam wewnętrzną gotowość na relacje z Tajemnicą. Być może tak nauczyłem się czytania jako formy poszukiwania.

Znajdowanie

W repertuarze Kultu jest utwór „Wolność” (…po co wam wolność…), który brzmi w mojej głowie, gdy mowa o książkach. Nie jedyną – ale ważną dla mnie ogromnie formą wolności – jest wolność czytania. Bo to jest jedna z wolności podróży. I wolnością odkrywcy.

Oczywiście – są w tej „historii czytania” składniki głównie pragmatyczne. Kiedy zacząłem interesować się komputerami, zdecydowana większość pisanych w Polsce podręczników związanych z systemami operacyjnymi i programowaniem – była po prostu niezrozumiała, z ambicjami do tworzenia własnych pojęć i nazw, które nijak nie współgrały z opisami angielskojęzycznymi. Wtedy rzuciłem się na publikacje anglosaskie – i dzięki nim zrozumiałem, że teksty techniczne dają się pisać w sposób przejrzysty, pozbawiony mętnych zawiłości i szybko wskazujący drogę do rozpoznania i rozwiązania problemu. Nie wątpię, że inni potrafią opowiedzieć o tym ciekawiej.

Książki to dla mnie magiczne narzędzie do poznawania różnorodności – i ich obecność po trosze pomaga mi znajdować klucz do porcjowania sobie rozmaitych wrażeń – wciąż w drodze do najbezpieczniejszej i najbardziej twórczej dla ducha harmonii – co zdaje mi się wyjątkowo cenne w świecie nieustającej kakofonii, który najczęściej widzę dookoła.

Papier i paradoksy

Jak niemal w każdym – tkwi we mnie sporo paradoksów. Swobodnie poruszam się w technologicznym uniwersum, szczególnie kiedy tyczy to informacji, jej poszukiwania i przetwarzania. Często, zamiast pisać dyktuję jakieś notatki, ciesząc się, że do zaistnienia ich w tekście nie potrzebuję już pośrednictwa klawiatury i walki z obolałym kręgosłupem źle radzącym sobie w długotrwałej pozycji siedzącej. Media społecznościowe, vlogi, archiwa online, elektroniczne kwerendy i korespondencja z cyfrowym podpisem – wszystko oswojone.

A jednak – kiedy mówimy o czytaniu literatury – przypomina mi się scena z „Waterworld” Costnera, kiedy osadnicy sztucznych wysp podekscytowani wąchają znaleziony przez głównego bohatera papier. Jestem w czytaniu uzależniony od papieru. Szelest kartek, aromat biblioteki, zapach upływu czasu. Tak to wygląda.

Nie dyskryminuję książki w formie elektronicznej – jednak korzystając z takiej, czuję że brak mi nie dających się opisać bodźców płynących od papierowej kartki. Książka papierowa to dzieło treści i dzieło przedmiotu trafiającego do rąk. Obydwa z nich współgrają ze sobą przez cały czas lektury – a i potem, kiedy są którymś z wieżowców ze znajomą okładką stojących na półce. Bo i z półki płyną ważne skojarzenia.

Wszechświaty

Uwiedziony mnogością tych skojarzeniowych i emocjonalnych wszechświatów czytam, ile tylko mi się udaje; w ostatnich latach to jakieś 70 pozycji rocznie, nie licząc lektur bliskich pracy i powtórek – bo są książki, które czytam po kilkanaście razy, z biegiem lat wyławiając z nich wciąż coś nowego.

Mój szacunek dla książki w istotnej części wiąże się z wiedzą o tym, na ile mozolnym zajęciem jest pisanie długich opowieści.

Mam kilka takich książkowych pozycji, które zabieram wyruszając na dłużej poza dom. Są towarzyszami, przypominającymi o wcześniejszych wspólnych wędrówkach i dzielonych znaleziskach. Szepczą. Tłumaczą. Wspierają. Rozwiewają wątpliwości – a czasem zadają zupełnie nowe pytania, nie poganiając do pochopnych odpowiedzi.

Dlaczego

Spisałem to, poproszony o garść refleksji w sprawie znaczenia książek w moim życiu. Nie wymieniam tu ulubionych książek i ulubionych autorów – zrobiłby się z tego elaborat i wykaz; nie w tym rzecz teraz. To jest punkt widzenia człowieka blisko sześćdziesiątki, dla którego czytanie jest wciąż jednym z najbardziej pochłaniających zajęć i źródłem nieustającej przygody – takiej, która nie może równać się z atrakcjami Spotify, YouTube, Twittera, Instagramu i Netflixa. Choć ze wszystkich korzystam.

Machina czasu

Myślę, że jedną ze spraw, jakie w okolicy czytania cenię sobie najmocniej – jest to, że mój dziesięcioletni syn jest również istotą czytającą. Próbowałem mu pokazywać, że opowieść dziejąca się w wyobraźni, ta w trakcie czytania – może mieć nieskończenie więcej niuansów, niż jakakolwiek, nawet pokazywana szalenie spektakularnie z użyciem najnowocześniejszych metod animacji i tworzenia obrazu filmowego. Mamy – często nie uświadamiając sobie tego potencjału – ogromy wpływ na bogactwo pejzażu, który przenosi się wraz z nami, w wyobraźni. Kiedy o tym zapominamy, odcinamy się od jednego z największych skarbów naszego życia. I zapominamy też, że w rozrachunkach ostatecznych nie usprawiedliwi nas pośpiech ani liczba zajęć obowiązkowych. To my sami odpowiadamy za własne wyjałowienie lub wykorzystanie własnej żyzności.

Żyjemy w przestrzeni, która coraz ciaśniej wypełniona jest szalenie skrótowymi komunikatami. Nie poprawia to naszej kondycji, szczególnie wtedy, gdy zaczynamy rozumieć skrótowość komunikatów jako obowiązującą i jedyną.

Chcemy czy nie – nadal jesteśmy „stworzeniami rozmawiającymi”. Rozmowa potrzebuje nasycenia, komunikacyjnej czytelności. Książki wydatnie pomagają nam rozwijać ją w bezpośrednim kontakcie z innymi „stworzeniami rozmawiającymi”, zdobywać wiedzę o innych niż własne metodach wymiany myśli. Naszym bogactwem jest różnorodność, różnorodność jest jednym z motorów rozwoju, postępu, osiągnięć. Książki ułatwiają dostęp do różnorodności. Dla mnie to rodzaj fundamentu – choć konstrukcja na tym fundamencie osadzona zawiera rozumienie, że inni – mogą mieć w tej sprawie całkowicie odmienne zdanie.


Leave a Reply

avatar
  Subscribe  
Powiadom o